Pół internetu padło – awaria AWS zatrzymała globalne usługi (i kreatywność marketerów)
d-tags
d-tags
Zaczęło się niewinnie. Amazon informował o „zwiększonych opóźnieniach i błędach w usługach”, co bardzo często oznacza drobne zacięcia. Ale tym razem z drobiazgu zrobiła się globalna lawina. W ciągu godzin kolejne platformy zgłaszały problemy.
Problemy wystąpiły także w usługach Netflixa, Spotify, Discorda, Perplexity AI, Notion, a nawet w systemach McDonald’s, które wykorzystują AWS do obsługi swoich punktów sprzedaży i zamówień.
Doskonałym potwierdzeniem skali zdarzenia jest wykres z portalu Downdetector, który zbiera zgłoszenia o problemach w czasie rzeczywistym. Na przedstawionym screenie widać gwałtowny, czerwony pik po godzinie 10:00, kiedy liczba raportów przekroczyła kilka tysięcy w krótkim czasie. To moment, w którym użytkownicy z całego świata zaczęli równocześnie zgłaszać błędy w usługach Amazona. Wykres dosłownie obrazuje chwilę, gdy internet dostał zadyszki.

Źródło: https://downdetector.pl/status/aws-amazon-web-services/
Dla użytkowników – uciążliwość. Dla firm – paraliż pracy. Kampanie stanęły, zespoły nie mogły się komunikować, a twórcy contentu zostali odcięci od swoich narzędzi. W sieci szybko zaczęły krążyć żarty, jak ten byłego Head of Social Media z Ryanair: „Chciałem zrobić mema o tym, że Canva nie działa… ale Canva nie działa”.
AWS zauważył, że wiele ich usług w regionie US-EAST-1 działa wolno i zwraca błędy. Amazon dość szybko potwierdził awarię na swojej stronie statusowej. Diagnoza? Nie był to żaden cyberatak, a problem z DNS, czyli z systemem, który tłumaczy adresy internetowe na techniczne adresy IP. Serwery nie potrafiły poprawnie “znaleźć” usługi DynamoDB, a to spowodowało efekt domina na inne usługi. Gdy DNS zawodzi, żaden serwer nie wie, gdzie kierować zapytania. W praktyce: internet zaczyna się gubić.
Co dokładnie się popsuło?
Po kilku godzinach zidentyfikowali przyczynę, wdrożyli poprawki i stopniowo przywracali działanie usług. Około godziny 13:00 Amazon poinformował, że „sytuacja została opanowana”, choć niektóre funkcje nadal działały z opóźnieniem.
W czasie awarii po sieci krążył mem pokazujący „cały internet” oparty na jednym klocku z podpisem AWS US-EAST-1.
I trudno o lepsze zobrazowanie sytuacji. Przez lata Amazon budował infrastrukturę, z której korzystają miliony firm – od Disney+ po małe sklepy internetowe. Ale w tym sukcesie kryje się też ryzyko: zależność od jednego dostawcy.
Według danych z Downdetectora, zgłoszenia problemów pojawiały się z całego świata – Europa, Azja, Ameryka, wszędzie. Przestały działać gry online, systemy płatności, aplikacje biurowe i narzędzia Amazona. Wiele firm hostingowych musiało tłumaczyć klientom, że to nie ich wina, a użytkownicy żartowali, że „internet stoi na jednej nodze, a ta właśnie się złamała”.
Kiedy AWS kicha, internet ma gorączkę. Ale może właśnie takie „cyfrowe przeziębienia” są potrzebne, by przypomnieć nam, że technologia – choć genialna – wciąż jest tylko narzędziem, a nie gwarancją niezawodności.
Awaria trwała zaledwie kilka godzin, ale jej skutki pokazały, jak krucha jest cyfrowa rzeczywistość, na której opiera się współczesny biznes. Firmy e-commerce straciły sprzedaż, zespoły marketingowe – ciągłość kampanii, a użytkownicy – cierpliwość.
Dzisiejszy poranek oraz południe były momentem, w którym wiele firm zrozumiało, że dywersyfikacja infrastruktury to nie fanaberia, ale konieczność. Warto rozważyć model multi-cloud, tworzenie kopii zapasowych w innych regionach i wdrożenie planów awaryjnych. Bo w świecie, gdzie sekunda przerwy kosztuje realne pieniądze, lepiej mieć plan B (i C).